26.04

26.04

Strony

środa, 19 września 2012

Książę Cierni - Mark Lawrence [fragment]

Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Papierowy Księżyc:


Tym, co w sobie ukrywam, sprawiłem, że na bagnach tamten umarlak uciekł w przerażeniu. Pomyślałem sobie, że to, co wystraszyło umarłych, może też napędzić niezłego stracha żywym.
Jednak Sir Renton nie sprawiał jeszcze wrażenia zbyt przerażonego:
– Zadźgałeś dziś lepszego od siebie, chłopcze, i masz przed sobą lepszego od siebie. Jesteś niczym więcej jak łajnem na moim bucie.
Zraniłem jego dumę. W końcu był rycerzem, a tu jakiś gołowąs z niego drwił. Co więcej, zaoferowałem mu jako łatwe wyjście spalenie żywcem. Niewielu zgodziłoby się ze mną, że to dobra opcja.
– Kiedy miałem dziewięć lat, hrabia Renar próbował mnie zabić – powiedziałem spokojnie. To nie było trudne. Byłem spokojny. Złość niesie z sobą mniej przerażenia, ludzie rozumieją złość. Zapowiada jakieś rozwiązanie; być może krwawe, ale za to szybkie. – Hrabia poniósł porażkę, lecz ja byłem świadkiem morderstwa mojej matki i brata.
– Wszyscy umierają – odparł Renton i splunął ciemną, krwawą wydzieliną na stopnie. – Myślisz, że jesteś wyjątkiem?
Słuszna uwaga. Co sprawia, że moja strata, mój ból są ważniejsze od bólu wszystkich innych?
– Dobre pytanie – powiedziałem. – Cholernie dobre pytanie.
Naprawdę. Spośród jeńców, których uwolniliśmy z rąk Marclosa, na palcach jednej ręki dałoby się policzyć tych, którzy nie widzieli, jak umiera im syn, mąż, matka albo ukochana. I to tylko w ostatnim tygodniu. Wybrałem więc łatwe rozwiązanie.
– Potraktuj mnie jako rzecznika – powiedziałem. – Na tej tu scenie niektórzy są bardziej elokwentni od innych. Inni mają szczególny dar posługiwania się łukiem. – Skinąłem w kierunku Nubańczyka. – Jeszcze inni trafiają w oko byka z odległości tysiąca kroków. Nie mierzą lepiej, tylko dlatego że tego chcą, nie strzelają celniej, dlatego że mogą. Po prostu strzelają celniej. A ja… ja po prostu potrafię się zemścić lepiej od innych. Powiedzmy, że to mój talent.
Renton zaśmiał się i znów splunął. Tym razem w plwocinie dostrzegłem kawałek zęba.
– Myślisz, chłopcze, żeś gorszy od ognia? – spytał. – Widziałem płonących ludzi na stosie. Całe setki.
Kolejna trafna uwaga.
– Sir Rentonie, masz sporo trafnych spostrzeżeń – powiedziałem. Rozejrzałem się wokół po ruinach. Zwalone ściany i okopcone drewniane szkielety tam, gdzie dach skrywał przez całe lata życie rodzinne. – Trzeba będzie włożyć sporo pracy w odbudowę. Sporo młotów i gwoździ. – Pociągnąłem łyk piwa. – Dziwna rzecz takie gwoździe, budynek trzymają w kupie, ale człowieka rozparcelowują na kawałki. – Spojrzałem Rentonowi prosto w jego szczurze, ciemne, świdrujące oczka. – Nie czerpię przyjemności z tortur, Sir Rentonie, ale jestem w tym dobry. Nie najlepszy na świecie, to wiesz. Najlepsze tortury obmyślają tchórze. Tchórze rozumieją strach i wiedzą, jak się nim posłużyć. Z drugiej strony bohaterowie torturują kiepsko. Nie rozumieją, co motywuje przeciętnego człowieka. Wszystko paprzą. Najlepsze na co ich stać, to oczernianie honoru. A taki tchórz dajmy na to, przywiąże cię do krzesła i roznieci pod nim ogień. Ja nie jestem ani bohaterem, ani tchórzem, działam na bazie tego, co mam.
Renton miał na tyle rozumu, by przyblednąć. Wyciągnął ubłoconą rękę w kierunku ojca Gomsta.
– Ojcze, ja tylko służyłem memu panu.
– Ojciec Gomst będzie się modlił za twoją duszę – powiedziałem. – I odpuści mi grzechy, które popełnię, oddzielając ją od twojego ciała.
Makin wydął grube usta.
– Książę, mówiłeś wcześniej, że przerwiesz ten łańcuch zemsty. Mógłbyś zacząć teraz. Mógłbyś Sir Rentona puścić wolno.
Rike spojrzał na niego, jak na szaleńca. Gruby Burlow stłumił śmiech.
– Mówiłem o tym, Makinie. Przerwę ten łańcuch. – Dobyłem miecza i położyłem go na kolanach. – Wiecie, jak przerwać łańcuch nienawiści? – spytałem.
– Miłością – odpowiedział Gomst cicho.
– Łańcuch nienawiści przerywa się zabijając wszystkich skurwysynów, którzy mi przewinili – wycedziłem. – Co do jednego. Zabić ich wszystkich. Zabić ich matki, braci, dzieci, psa. – Powiodłem kciukiem wzdłuż ostrza i przyjrzałem się kropli krwi czerwieniącej się na ranie. – Ludzie myślą, że nienawidzę hrabiego, ale prawda jest taka, że jestem wielkim zwolennikiem jego metod. Hrabia ma tylko dwie wady. Pierwsza to taka, że posuwa się daleko, ale niewystarczająco daleko. Druga – nie jest mną. Ale dał mi cenną lekcję. I kiedy się spotkamy, podziękuję mu za nią, zadając mu szybką śmierć.
Na te słowa stary Gomst poderwał się na równe nogi.
– Hrabia Renar wyrządził ci krzywdę, książę. Wybacz mu, ale mu nie dziękuj. Za to, co zrobił, spali się w piekle. Jego nieśmiertelna dusza będzie cierpieć przez całą wieczność.
Nie miałem wyjścia, musiałem się gromko roześmiać.
– Ech, ci duchowni. W jednej chwili prawią o miłości, w drugiej o przebaczeniu, a za chwilę o wieczności w płomieniach. Nie obawiaj się, Sir Rentonie, nie mam planów co do twojej nieśmiertelnej duszy. Cokolwiek ma się stać między nami, jutro czy pojutrze się skończy. Najdalej za trzy dni. Nie należę do najcierpliwszych ludzi, więc skończy się to wtedy, gdy powiesz mi, co chcę wiedzieć, albo gdy się znudzę.
Wstałem i podszedłem do Rentona. Kucnąłem przy nim i poklepałem go po głowie. Związali mu ręce za plecami, a ja miałem na sobie rękawice, nie opłaciłoby mu się więc, gdyby zechciał mnie ugryźć.
– Przysięgałem hrabiemu Renarowi – powiedział. Próbował się cofnąć i wyciągał szyję, by spojrzeć na Gomsta. – Powiedz mu, ojcze. Przysięgałem na Boga. Jeśli złamię przysięgę, będę się smażył w piekle.
Gomst podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.
– Książę Jorgu, ów rycerz związał się świętą przysięgą ze swoim panem. Nie powinieneś prosić go, by ją złamał. Podobnież żadne groźby przeciw ciału nie powinny zmuszać człowieka, by zdradził przymierze i skazał swą duszę na wieczne potępienie w piekielnym ogniu.
– Sir Rentonie, oto próba wiary dla ciebie – powiedziałem. – Opowiem ci moją historię i zobaczymy, czy zechcesz wyjawić mi plany hrabiego, kiedy skończę. – Usiadłem na stopniu przed nim i pociągnąłem piwa. – Kiedy wyruszyłem w drogę, miałem dziesięć lat. Było we mnie wtedy dużo złości i chęć poznania, jak działa ten świat. Widzisz, widziałem, jak ludzie hrabiego mordują mojego brata Williama i zarzynają matkę. Wiedziałem zatem, że moje wcześniejsze założenia były błędne. I oczywiście, zadałem się z osobnikami dość podłego sortu, prawda Rikejku?
Rike zaśmiał się tym swoim „har har har”. Wydawał z siebie ten dźwięk zawsze, kiedy sądził, że oczekujemy, by się roześmiał. Nie było w nim ani krztyny radości.
– Wtedy też spróbowałem swoich sił w torturowaniu. Zastanawiałem się, azali mam opowiedzieć się po stronie zła. Pomyślałem, że może to Bóg daje mi do zrozumienia, bym wziął się za diablą robotę.
Usłyszałem, jak Gomst mamrocze coś, słysząc to ostatnie zdanie, modlitwę albo potępienie. Ale to była prawda. Bardzo długo usiłowałem znaleźć w tym jakiś przekaz, by wiedzieć, co mam robić.
Położyłem rękę na ramieniu Rentona. Siedział tak z moją dłonią na lewym ramieniu, a dłonią Gomsta na prawym. Byliśmy jak diabeł i anioł z antycznych pism szepczący mu do ucha.
– Na Jedmire Hill pochwyciliśmy biskupa Murillo – powiedziałem. – Zapewne słyszałeś o niepowodzeniu jego misji. W każdym razie bracia mi go podarowali. Wtedy byłem dla nich taką maskotką.
Nubańczyk wstał i zszedł po stoku wzgórza. Pozwoliłem mu na to. Nie miał na tyle jaj, żeby znieść to, co się miało tu wkrótce stać. To sprawiło, że poczułem się – sam nie wiem – brudny? Lubiłem Nubańczyka, chociaż tego nie okazywałem.
– Biskup Murillo miał w zanadrzu całe mnóstwo ostrych słów i opinii. Nie przestawał mówić o ogniu piekielnym i potępieniu. Siedzieliśmy chwilę, dyskutując o duszach. Wtedy wbiłem mu gwóźdź w czaszkę. O tu – dotknąłem miejsca na tłustej głowie Rentona. Wzdrygnął się, jakby coś go ugryzło. – Biskup wówczas zmienił nieco śpiewkę. W zasadzie zmieniał ją za każdym razem, gdy wbijałem kolejny gwóźdź. Po jakimś czasie był już zupełnie innym człowiekiem. Wiedziałeś, że człowieka można w ten sposób rozłożyć na czynniki pierwsze? Jeden gwóźdź może przywołać wspomnienia z dzieciństwa. Drugi wywoła w nim wściekłość albo szloch, albo śmiech. Ostatecznie wydaje się, że jesteśmy tylko zabawkami – łatwo nas złamać, trudno naprawić. Podobno siostry w Saint Alstis ciągle opiekują się biskupem Murillo. Bardzo się zmienił. Czepia się bodaj ich habitów i obrzuca je obelgami. Tak powiadają. Niestety nie potrafię ci powiedzieć, co się stało z duszą tego dumnego i pobożnego człowieka.
I wtedy wyczarowałem w dłoniach gwóźdź. Zardzewiały, długi na trzy cale. Renton się zsikał. W tym momencie. Burlow zaklął i kopnął go mocno. Kiedy Renton odzyskał oddech, powiedział mi wszystko, co wiedział. Trwało to prawie godzinę. Kiedy skończył, oddałem go wieśniakom, a oni go spalili.

1 komentarz:

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...